logo

Monday 06th of September 2010

Pienińska przygoda

Po firmowym spotkaniu w schronisku na Bereśniku postanowiłem zostać i pospacerować po górach. Nie miałem żadnego planu, bo planem był brak planu. Kiedy oglądałem mapę, odezwał się do mnie siedzący obok Przemek. Poznaliśmy się na wieczornej imprezie. Zaproponował, żebym poszedł z nimi. Oni wybierali się z inną grupą, także poznaną wcześniejszego wieczoru.

Zatem szybko zmontowała nam się wycieczkowa ekipa. Ekipa jak w Czarnoksiężniku z krainy Oz - każdy był inną osobowością i poznaliśmy się całkiem przygodnie. Mimo to, a może dzięki temu wycieczka była bardzo udana i z radością spędziliśmy ten piękny, słoneczny i gorący dzień razem. Poszliśmy na Sokolicę, potem na Słowacji zjedliśmy na obiad prażony ser, popijając słowackim piwem.Udało nam się przepłynąć Dunajcem i w schronisku znaleźliśmy się późnym wieczorem.

Ja cały czas miałem na plecach swojego Victora z dobytkiem. Nie zostawiałem nic w schronisku, bo nie wiedziałem, gdzie pójdę spać. Miałem ze sobą wszystko, co potrzebne za wyjątkiem ręcznika. Była to jedyna rzecz, której zapomniałem spakować, wrzucając wczesnym rankiem rzeczy do plecaka. Ale poradziłem sobie bez problemu, bo miałem kilka dodatkowych koszulek, których nie wykorzystałem ze względu na upał. Zatem przydały się jako zaimprowizowane ręczniki.

Victor sprawił się doskonale na skalnych pienińskich trasach. Bez problemu wspinałem się pod górę i przeciskałem między wielkimi głazami. Nie ciążył mi bardzo nawet mimo przytroczonego doń statywu fotograficznego. W zasadzie zmieściło się do Victora wszystko, czego potrzebowałem. 48 litrów to całkiem wystarczająca pojemność na dwudniowy wypad ze śpiworem. Nie miałem tylko zapasowych butów, bo założyłem, że moje Amphib'y są wystarczająco uniwersalne na ten letni czas. Teoria się sprawdziła, więc wróciłem bez obtarć i skręconej kostki. Jedynie aparat musiałem cały czas nosić na szyi. Ale taki los fotografa - jeśli chce się mieć sprzęt, który nie mieści się do kieszonki w koszuli, to albo decydujemy się na większy bagaż, albo nosimy na plecach.

Natomiast moi nowi przyjaciele wciąż przychodzili do mnie po kolejne plastry na obtarte pięty i igły do wyciągania ostrych kamyków z zaropiałych ran. Dlatego apteczka jak zwykle była bardzo przydatnym wyposażeniem mojego plecaka. Na szczęście nie musiałem wykorzystywać maseczki, ale parę innych akcesoriów się kilka razy przydawało. Myśłałem nawet, że w nocy wykorzystam koc NRC. Gdybym musiał spać pod gołym niebem, przydałby się jako ochrona przed wilgotną ziemią i nocnym deszczem.

Na szczęście w schronisku okazało się że mimo przepełenienia, mimo tego że parę osób musiało spać pod namiotami, zostałem przygarnięty przez moich nowych znajomych i wyspałem się bardzo dobrze na rozkładanej wersalce. Spałem przy dźwiękach muzyki płynących z notebooka i gwarze imprezy, która toczyła się za oknem do szóstej rano. W niczym mi to nie przeszkadzało, bo poprzedni dzień był męczący, a wiedziałem, że o siódmej muszę wstać rześki i trzeźwy, żeby pojechać do niedalekiego Kościeliska i odwiedzić moje ukochane dziewczyny.

Tak więc spontaniczna wyprawa okazała się bardzo udaną. Zostawiła kilka dobrych wspomnień, radość z poznania ciekawych osób i szansę na to, że kiedyś znowu się spotkamy, ktoś do kogoś się odezwie i znowu zrobimy coś ciekawego.

Wykorzystany sprzęt:

  • plecak turystyczny Victor 48
  • Etui Tool Pocket S na nóż znaleziony we Friedrichshafen
  • kosmetyczka Shaver Kit z kosmetykami Artura
  • nylonowe worki podróżne w różnych wielkościach na czyste i brudne ubrania
  • Apteczka First Aid

 

 
Targi Tuning Show w Krakowie

Na targi Tuning Show czekaliśmy od kilku tygodni. Zapowiadali że na imprezie pojawi się wiele pięknych samochodów z Polski i nie tylko. Dlatego w sobotę szybko spakowaliśmy plecaki z kurtkami przeciwdeszczowymi i aparatami, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na Centralną. Tereny targowe znajdują się całkiem blisko od nas, więc wycieczka była krótka. Nawet nie zdążyliśmy się porządnie rozgrzać w mocnym wiosennym słońcu, a już musieliśmy przypinać rowery do płotu za kasami. Co prawda wszyscy patrzyli dziwnie na ludzi przyjeżdżających na targi samochodowe na rowerach, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo bardziej fascynowało nas dudnienie silników i konkurs na najgłośniejszy sprzęt grający.

Więcej…
 
Sobotniojesienna wycieczka do zoo

Na weekend zostaliśmy w domu sami z Nadią, bo Ania z Pauliną pojechały na zawody do Opola. Sobota zapowiadała się pięknie, więc postanowiliśmy po raz ostatni w tym roku odwiedzić krakowskie ZOO. Szybko sprawdziłem, że zwierzęta wciąż są na zewnątrz, więc można je zobaczyć. Spakowaliśmy zatem plecak z jedzeniem, drugi plecak z kilkoma pluszowymi zwierzętami i wsiedliśmy w samochód. Jesienne słońce przygrzewało całkiem nieźle, więc musieliśmy nawet założyć przeciwsłoneczne okulary. Na szczęście ZOO położone jest w lesie, więc na miejscu mogliśmy już spokojnie spacerować, wygrzewając się w słońcu przeświecającym między bezlistnymi drzewami. Bo w drugiej połowie listopada na drzewach już nie ma liści, a te które opadły, zdążyły już całkiem zbrązowieć.

Więcej…
 
Termy w Bukowinie Tatrzańskiej

Ania na obozie, dziewczyny u dziadków. Ja cały tydzień sam. Paulina tęskniąca dzwoni codziennie. Pyta kiedy się zobaczymy. Zatem szybki plan na weekend. Zrobię im niespodziankę, przyjadę wieczorem, więc zobaczymy z samego rana. A potem zrobimy razem coś bardzo fajnego. Ale okazało się, że Paulina wytrwale czekała na mnie, bo babcia wygadała, że tata przyjedzie na weekend i zrobi niespodziankę. Zatem przywitaliśmy się jeszcze wieczorem i dopiero spokojna poszła spać.

Więcej…
 
Cracovia Maraton 2009

Piszę na świeżo, póki wspomnienia są mocne.

Uwielbiam maratony. Zwłaszcza takie codzienne, gdy w ciągu kilku godzin muszę upchnąć pracę, życie rodzinne, zabawę, sprzątanie i jedzenie oraz dziesięć dodatkowych niezbędnych dla ludzkości czynności, które z reguły wpadają w mój grafik znienacka.

Wczoraj wieczorem zapisałam się na Cracovia Maraton 2009. 42 km i 195 metrów i niemal tylko dwie czynności: jechać i pchać wózek do przodu.

Więcej…
 
Wyprawa na Stare Wierchy

Kwiecień zaczął się słonecznie i ciepło. Dlatego którejś soboty spakowaliśmy plecaki i wybraliśmy się na Stare Wierchy. Dziewczyny postanowiły szukać krokusów, które w dolinach już przekwitały, ginąc w świeżej trawie. Wyjechaliśmy wyciągiem na Tobołów, żeby trochę skrócić trasę i zaskoczyła nas na górze wczesna wiosna - wciąż brązowa, pełna suchych liści i kurzu. Na dole żaby rechotały donośnie, chowając się między jaskrawozielonymi źdźbłami trawy, a na górze ledwie złożony skrzek błyszczał w słońcu. Gdzieniegdzie napotykaliśmy nawet łachy burego śniegu.

Więcej…
 
Wycieczki

Wycieczki, to wszystko to, co robimy na co dzień. Nasze codzienne spacery, rowerowe przejażdżki po najbliższej okolicy, wyjścia na basen, do stadniny, na rolki, na plac zabaw, do pobliskiego parku i nad zalew.
To rodzaj wycieczek często spontanicznych, kiedy pakowanie trwa 4 minuty i nie wymaga długiego planowania.
Cała nasza rodzina należy do organizacji podróżników Servas. Przyjeżdżają do nas goście z całego świata, których bardzo lubimy oprowadzać po Krakowie.
Często to właśnie takie wycieczki obfitują w największą ilość przygód, które długo wspominamy.

 
Pierwszomajowa wycieczka rowerowa

Pierwszego maja postanowiliśmy skorzystać ze słonecznej pogody. Wskoczyliśmy na rowery i pojechaliśmy do Łuczyc, aby odwiedzić znajomych. Sprzętowo przygotowaliśmy się dobrze, gorzej było z ubraniami, bo zwiodło nas piękne majowe słońce i bardzo ciepły poranek. Po południu zaczęło się ochładzać, więc wszyscy zmarzliśmy

Więcej…